czwartek, 6 października 2016

Bieg neuronów.

Dawno tu nie pisałam... Być może oswoiłam emigrację na tyle, by o niej nie mówić? Zgubiłam dom gdzieś po drodze, między Polską a Anglią. Staję się emigracyjnym tworem, bez tożsamości na własne życzenie. Im dłużej tu jestem, tym bardziej czuję się Polką, im częściej jadę do Polski, tym mniej Polką jestem. Pomijam już bułgarskie korzenie, które zgubiły się po drodze i tylko czasem cichutko pomrukują na dnie serca. Mój charakter ewaluował, przetwarzał się i zmieniał. Emigracja zbudowała moją dzisiejszą osobowość. Śnię po angielsku, marzę po polsku, nauczyłam się 'small talk', ale wciąż brakuje mi 'quality talk'. 

Coraz gorzej rozumiem polską rzeczywistość. Próbuję, naprawdę próbuję. Sprawy polskie zawsze były mi bliskie, ale po raz pierwszy ich nie ogarniam. Wielowarstwowość naszej wyjątkowej kultury, destrukcyjność historii, stworzyła w nas unikalny naród pełen gorliwości i pasji. Gorliwość niestety przekuła się w frustrację, złość w zgorzknienie. Czasem mam nadzieję, że mój kraj tylko tak wygląda przez okno komputera  i TV. Za dużo myślę. Ilość informacji jaka przepływa przez mój mózg, rozsadza mnie od środka. Próbuję odciąć się od mediów, politycznych sporów, kolejnych afer. Chciałabym wyjechać gdzieś, gdzie nie ma radia. A potem tęsknić za tym szalonym biegiem neuronów...

Obywatelką Anglii też się nie czuję. Nie rozumiem w pełni tutejszej rzeczywistości, nie umiem przetworzyć jej na język kultury. Na mój język. Pokochałam jednak 'angielski' szacunek do obcego człowieka. Uprzejmość do każdego. Brak zawiłości w kontaktach i postkomunistycznych relacji w pracy. Nie przyzwyczaiłam się do dystansu i skrajnego indywidualizmu. Nie wiem kim są moi znajomi i jakiego trupa chowają w szafach. Nigdy się nie dowiem. A może nie trzeba nam o tym wiedzieć? Być może wsystarczy beztroskie 'How are you' , by poczuć się szczęśliwym... Wolnym od uprzedzeń i niedomówień. Problem tylko w tym, że ja lubię te zawiłości, trudne, polskie , przekorne charaktery. Różnorodność poglądów i opinii. Jak to powiedziała moja znajoma Angielka: "Nigdy się nie dowiesz, jakie myśli ukrywamy za błyszczącymi oczami..."

Stałam się hybrydą. Pozbawioną uprzedzeń, wolną od złości dla  naszej historii, kochającą polskie tradycje, krajobraz, ludzi. Przyzwyczaiłam się jednak do tutejszego ładu, dbałości o otoczenie, troski o dobrą atmosferę w pracy i w szkole. Tutaj żyje się łatwiej. Po prostu, zwyczajnie, łatwiej. Czy ta łatwość sprawiła, że tęsknię mniej? Bynajmniej... ta łatwość usypia, ale nigdy nie pozwala zapomnieć. Jeśli coś należy zmieniać, to tylko na lepsze, jeśli coś można  zmienić, to tylko robiąc to z pasją i przekonaniem. A pasja do Polski nie zgasła, przybrała tylko inną formę.

A neurony biegną dalej. W szalonym wyścigu informacji i zdarzeń...  



poniedziałek, 20 lipca 2015

Nie rób drugiemu, co tobie nie miłe

Życie w małym Crowborough uczy mnie wspaniałej rzeczy: zrozumienia i szacunku.
Pomijam oczywistą tolerancję dla innych wyznań, czy koloru skóry. Pomijam też polityczną poprawność, bo ja nie o tym. Chodzi  o zrozumienie  ludzkich wyborów, gustów, poglądów.

Tutaj nikogo nie dziwi, że ktoś nazwał swoje dziecko Apple czy Verona, nikt nie oceni cię też po tym czy nosisz kozaki do letniej sukienki, kolorowe włosy, czy tatuaż na lewym przedramieniu. Nikt nie będzie Cię obrażał. I tak, sama mam swoje preferencje dotyczące wyglądu. Nie lubię piercingu ani wytatuowanego smoka na łydce, ale nauczyłam się nie oceniać człowieka po jego wyglądzie. Ja noszę podarte jeansy. Czym różnią się od wytatuowanego smoka? Pewnie niczym. Nie lubimy tego, czego sami nie akceptujemy. 


"Jak ten człowiek mógł dać dziecku na imię Nikola? Na pewno patologiczna rodzina"
"O ludzie, jak ta baba wygląda, czy ona nie ma lustra? Co za beznadziejna fryzura"
"Matka dała dziecku lizaka! Chyba jakaś nienormalna, wie ile to cukru?  "
"Ach ci katole, no ciemnogród zacofany"
"Ty, koleś, wyglądasz jak pedał". ( O dziecku z grzywką na bok)
"Dobrze mu tak, wcale mi go nie żal" (O ojcu, któremu zginął syn w wypadku)

To tylko kilka zdań z polskiego internetu.


Oceniamy wszystko i wszystkich. Gest, zachowanie, wygląd, wybór. Zamiast okazać ZROZUMIENIE postanawiamy POTĘPIAĆ. Ocenianie nie jest jeszcze najgorsze. Obrażanie jest. Brak empatii jest. Obrażamy ludzi sukcesu i tych, którym się nie udało, feminizm i brak feminizmu, wiarę i niewiarę, katolików i muzułmanów, ofiary mody i tych co chodzą w dresach, bogatych i biednych, mądrych i głupich. Obrażanie stało się modne. Nienawidzenie. Pogardzanie. Plucie. Powszechne? Sprawia przyjemność? STOP.

Nie rób drugiemu, co tobie nie miłe.


środa, 1 lipca 2015

Jestem w Argentynie!


Argentyna, Kraina Srebra, Río de La Plata, Srebrna Rzeka – nie wiem, które określenie tego kraju najlepiej go opisuje. Przypłynęłam tutaj statkiem - wiem, to staromodne, ale inaczej nie poznałabym Anny i Victorii. Anna płynęła do swojej rodziny, a Victoria do ukochanego męża. Dzieliło je wszystko – pochodzenie, majątek, a przede wszystkim, oczekiwania. Ich historie… no cóż, nigdy nie można być pewnym tego, co nas czeka. Sama nie wiedziałam czego się spodziewać. Kojarzyłam Argentynę z pięknymi krajobrazami, barwnymi kolibrami i gaucho (argentyńska odmiana kowbojów), ale miejsca, które zwiedziłam i historie, które poznałam zupełnie mnie zaskoczyły.

Widziałam pustynie soli i nie mogłam uwierzyć własnym oczom. Gdziekolwiek sięgnąć wzrokiem, było widać sól, sól i jeszcze raz sól! Na chwilę zatrzymałam się w dolinie Córdoby, pełnej kościołów, klasztorów i prastarych budowli z białego wapienia. Ciągle towarzyszą mi wierzchołki Andów widoczne na horyzoncie i sięgające niemal samego nieba! Piję dużo yerba mate – jak wszyscy tutaj.
Pewnie chcecie wiedzieć coś o kuchni argentyńskiej – często jadam caldo, zupę mięsną, przyprawioną ají, czyli papryką, a do tego asado, poza tym rodzaj herbatników, zwanych galletas i wszystko popijam winem.
Spędzam dużo czasu z Anną i Victorią, poznałam też ich rodziny. Ich świat stał się na chwilę moim światem, dlatego tak trudno będzie mi je pożegnać. Chciałabym żebyście je poznały!

Opisuję Argentynę, piękne widoki i poznanych ludzi, ale pewnie zastanawiacie się, jak to się stało, że niespodziewanie wyjechałam w tak odległą podróż?

Moją podróżą była lektura książki Sofii Caspari W krainie kolibrów :) Nigdy nie sądziłam, że podróżowanie z książką jest możliwe, dosłownie przeniosłam się do Argentyny! To jedna z niewielu książek, po których od razu chce się wyruszyć, poznawać, doświadczać i smakować.

W krainie kolibrów to pięknie wydaną saga tętniąca życiem i emocjami opowiadająca losy kobiet, które wyruszyły do Argentyny, podczas fali europejskich emigracji w XIX wieku. Świetna wakacyjna lektura napisana z rozmachem. Trzyma w napięciu, a wielowątkowa akcja co rusz zaskakuje. A to wszystko na tle zapierającej argentyńskiej panoramy.

Premiera książki jest właśnie dzisiaj – 1 lipca 


Polecam tę lekturę wszystkim, którzy marzą o dalekich podróżach, lubią odkrywać nowe kultury i chcą poznać dwie intrygujące kobiety, które nigdy się nie poddają!






*** KONKURS***

Jeśli chcesz wygrać jedną z dwóch książek Sofii Caspari pt "W krainie kolibrów", w komentarzu pod postem lub na moim facebooku pod linkiem do bloga,  dokończ zdanie.... 

Idealna książka to taka, która...

Dwie najciekawsze i nabardziej kreatywne według mnie odpowiedzi zostaną nagrodzone książką.

Ostateczny termin przesyłania komentarzy: 3 lpica 2015.


poniedziałek, 8 czerwca 2015

Nie jem muffinów. Wolę kruche babeczki z nadzieniem z bitej śmietany!

Ci co mnie dobrze znają wiedzą, że jestem wrogiem globalizmu. Nie pikietuję jednak, ani nie chodzę na marsze... Jakoś mało wierzę w ich skuteczność. Wierzę zaś w moc wolnego wyboru. Nie chodzę do Starbucksa, ani do KFC. Chyba, że przyjedzie do mnie fan (lub fanka) jednej z tych sieci i wtedy jestem w stanie pójść na ustępstwo. Z ZASADY jednak nie kupuję płatków firmy Kellogg's ani czekolady Cadbury. Wybieram małe, nieznane firmy, najlepiej polskie (jeśli się da) lub europejskie. Cieszę się na widok łyżki z napisem MADE IN SWEDEN zamiast MADE IN CHINA.
Globalizm zabija różnorodność i monopolizuje rynek. 

Najmocniej przekonuję się o tym właśnie w UK. Serek Philadelfia nie ma konkurenta, bo przejął całą branżę serkową, farba do ścian - tylko Dulux, jeśli masło to tylko Lurpak lub President, jeśli jogurt to tylko Dannone lub Muller. Innych brak. Mydło to obowiązkowo Carex. Najlepszym przykladem wyparcia przez dużą korporację mniejszych marek, jest  płyn do mycia naczyń Fairy... konia z rzędem temu, kto znajdzie w Crowborough jakiś inny.

Wyjątkowo mocno cieszę się na widok półek w polskich sklepach. Polskie marki jeszcze jakoś dają radę i zawsze wybieram te zamiast zagranicznych 'brandów'. Dla mnie '7 days' nigdy nie zastąpi drożdżówki, a amerykański 'donnut' polskiego pączka. Kocham Polskę za lokalną różnorodność, ser smażony, mąkę orkiszkową i dziesiątki rodzajów miodu.

O braku wyboru  najdotkliwiej przekonałam się we Francji w supermarkecie 'Monoprix'.
Dżem tylko angielski, czekolada to głównie Lindt, a masło to znów wspomniany 'President'. Nawet jabłka były z tą samą naklejką co te, które leżą w koszykach angielskiego TESCO.

Jest jedna dziedzina, w której wyboru już brak. Są to marki ubrań. Bowiem czy jest coś innego niż HM, Zara czy New Look? W Polsce można jeszcze wybrać polskie Mohito lub Reserved, ale nadal są to wielkie korporacje wykorzystuące tanią siłę roboczą w Azji.  Niestety wyboru brak, przynajmniej w UK. Tutaj małych butików już prawie  nie ma. A nawet jeśli są, to nie stać mnie na ubrania jakie sprzedają. Tak więc wsiąkłam i regularnie korzystam z tekstylnych sieciówek.


Oczywiście to mała kropelka w temacie globalizmu...

Mamy wpływ. Jeśli polski lub też brytyjski, niemiecki czy francuski lokalny przemysł ma przetrwać, nie wspierajmy gigantów. Wybierajmy mądrze. Za parę lat może już nie być pytania czy idziemy na kawę do Costy czy do Niebieskich Migdałów, bo kawiarnie takie jak te drugie zostaną wyparte przez wielkie sieci. Tutaj, mieszkając w UK, przekonałam się o tym najdotkliwiej.

To tylko refleksja na dziś. Teściowa bowiem chciała kupić liściastą, zieloną herbatę. W tutejszych supermarketach brak, jedyna jaka jest, to ta w torebkach.

Oczywiśćie Twinnings. 




poniedziałek, 13 kwietnia 2015

Bezcenna.

Czasami życie samo pisze scenariusz. Nieplanowany, niezapisamy w kalendarzu. 
Ujęcie 20181. Klaps. Akcja. 

Z ogarniętego wojną Jemenu przyleciała ewakuowana w ostatniej chwili teściowa.

Mama Dawida jest niską, drobną blondynką z energią osiemnastoletniej dziewczyny. 
Patrzy na świat pozytywnie i widzi przyszłość w jasnych barwach. Chyba dobrali się z moim teściem idealnie, bo on też zdaje się postrzegać rzeczywistość w różowym kolorze. Szanują się i kochają. Moi teście sa nowocześni, otoczeni technologią i wolną od ideologii myślą. Chociaż mieszkaja w konserwatywnym kraju, w swoim mieszkaniu stworzyli mały Zachód, gdzie ich liberalne poglądy nijak się mają do świata za oknem ich domu w Saanie.

Gdy słucham o Jemenie, o zwyczajach tam panujących, podziałach kulturowych i religijnych to aż nadciąga na mnie huragan emocji. Ciężko mi usiedzieć na miejscu wiedząc, że w tamtejszej kulturze kobiety zjadają na obiad to, czego nie dojedzą mężczyźni, a w autobusie płeć piękna zajmuje ostatnie miejsca. Kobiety nie chodzą na spacery ani nie jeżdżą na rowerze. Nie mogą decydować o swojej przyszłości ani wybrać się na basen, bo ten przeznaczony jest tylko dla chłopców. Nie wychodzą same z domu. Zawsze muszą być całkowicie zakryte, bez względu na wyznanie, inaczej spotkają się z ostracyzmem lub ( jak w Egipcie) z molestowaniem seksualnym.

Teściowa mnie uspokaja. Mówi, że Jemen jest piękny, że ludzie są dobrzy. Wierzę jej. Wiem, że tamtejsze kobiety nawet nie wiedzą co je omija, bo wychowane są tak od dziecka. Mężczyźni na pewno też działają w dobrej wierze, a jednak...

Słuchając opowieści z dalekiego Jemenu doceniam to co mam najcenniejszego: WOLNOŚĆ. Że mogę leżeć na trawie w parku w Tunbridge Wells. Że mogę trzymać Dawida za rękę w centrum handlowym. Mogę iść na studia lub do pracy. Mogę jechać sama pociągiem do Londynu, tylko po to by usiąść w Hyde Parku i posluchac jazzu. Mogę lecieć do Francji albo do Chorwacji, a mój mąż niemal bez przerwy motywuje mnie do rozwoju osobistego. Mogę na ulicy na głos czytać poezję Rilkego albo tańczyć krakowiaka. Mogę wybrać swoją wiarę. Mogę ganiać się z Olim po lesie i wskakwiać do basenu. Mogę wszystko!

Wolność i wolna wola to najcenniejsze przywileje dane ludzkości. Nie nadużywam ich  dla rzeczy niepożytecznych, ale cieszę się nimi. Śniadaniem zjedzonym na balkonie i tańcem w deszczu, wiatrem we włosach i pogaduchami w kawiarni.

Proste? Zwyczajne? Chyba tak. Jednak nie na całym świecie... 










poniedziałek, 23 marca 2015

Detektywi

  Poniższy tekst powstał w ramach projektu "Bajki Tysiąca i Jednej Polki" Klubu Polki na Obczyźnie, który dedykowany jest Karince oraz jej siostrze Ali. Dziewczynki aktualnie nie mają możliwości, by podróżować, dlatego zabieramy je w baśniową podróż po świecie z dziecięcych snów.

„Istnieje mapa bez krańców świata - są na niej wszystkie kontytenty, miasteczka i wsie, ale jako że zawieruszyła się w bibliotecznym dziale baśni, nabyła magicznych cech: jeśli się na niej stanie, potrafi porwać ze sobą w najbardziej odległe miejsce.
Byli tacy, którzy próbowali przedostać się mapą na skróty na Wielką Rafę Koralową u brzegów Australii, na szczyty Himalajów, a nawet do sklepu obuwniczego dwie przecznice dalej. Te próby jednak kończyły się fiaskiem, bo żaden ze śmiałków nie odkrył, że na wyprawę mogą wybrać się tylko dzieci. Czternastoletnia Ala i jej ośmioletnia siostra Karina poznały także inny sekret mapy - nie da się nią podróżować w pojedynkę. Dziewczynki dobrze wiedzą, że trzeba razem usiąść na wygniecionym papierze i mocno złapać się za ręce i dopiero wtedy otworzy się przed nimi droga. Dokąd tym razem? Jak zwykle tam, gdzie ktoś na tę dwójkę będzie czekał. Tak jak tutaj.”


    Zerwał się silny i porwisty wiatr. Zamiast ciepłego, włoskiego powietrza, dziewczynki poczuły  przenikliwy chłód.  Wciąż trzymając się za ręce powoli otworzyły oczy.

- Gdzie jesteśmy?
- Nie wiem, nic nie widzę. –  Karinka  nie była w stanie dostrzec budynków spowitych białą mgłą.
- Szybko, schowajmy mapę, bo zmoknie – Alicja włożyła mapę do plecaka i przetarła rękawem oczy.
- Karinka, spójrz, tam jest droga! Chodźmy! – Ala złapała Karinkę za rękę i razem pobiegły w stronę, gdzie jeszcze paliła się latarnia. Było zimno i deszczowo. Na szczęście dziewczynki miały ze sobą kalosze i płaszcze, które szybko na siebie włożyły. Karinka czuła się zagubiona. Ala uśmiechnęła się do niej szeroko i chusteczką przetarła jej mokrą od deszczu buzię.





- Nie martw się, czuję, że zaraz przestanie padać – powiedziała i jak na zawołanie mgła zaczęła się rozrzedzać, a deszcz ustąpił miejsce słońcu.
- A nie mówiłam! – klasnęła w ręce Ala.
- Jak tu ładnie! – radośnie szepnęła Karinka.
- Alu?
- Tak, Karinko?
- Tu jest tak jak, tak jak... w bajce o Listonoszu Pacie!






Ala wyjęła mapę i sprawdzila, gdzie się dokładnie znajdują. Przeczytała na głos: ANGLIA, CROWBOROUGH. Rzeczywiście, miejscowość bardzo przypominała tę z bajki o Listonoszu Pacie lub Strażaku Samie. Małe domki z cegły otoczone pięknymi ogródkami, kilka uroczych sklepików, piekarnia i sklep z upominkamii. Gdy mgła całkowicie już ustąpiła, dojrzały w trawie kiełkujące żonkile i narcyzy.



Nagle dziewczynki poczuły zapach;  piękny i pyszny, jak niedzielne śniadanie, które robi mama.

- Jestem głodna! – Karinka poklepała się po pustym brzuszku.
- Ja też, chodźmy! -  krzyknęła radośnie Ala, złapała Karinkę za rękę i pobiegły w górę ulicy.

Było wcześnie rano, ale w jednym z domów już paliło się światło i właśnie stamtąd dochodził zapach owsianki i ciepłego mleka. Domek był cały z cegły, czerwony, z brunatną dachówką, a w oknie wylegiwał się szary kot. Nagle, niebieskie drzwi do domku same się otworzyły, a z głębi dobiegał śpiew. Kiedy dziewczynki zastanawiały się, czy wejść do środka usłyszały serdeczny głos:

- Wchodźcie kochane, czekałam na Was!

Alicja spojrzała na Karinkę i niepewnym krokiem weszła do środka. W kuchni uśmiechnięta, strasza pani, drewnianą łyżką mieszała mleczne danie w  małym rądelku. 

- Dzień dobry. Mam na imię Ala, a to moja młodsza siostra Karinka.
- Wiem kim jesteście. Tak jak mówiłam, czekałam na Was! – radośnie powiedziała pani w starszym wieku.  – Ja mam na imię Lucy.

Lucy z pewnością była czyjąś babcią, bo na ścianach wisiały zdjęcia uśmiechniętych dzieci. Miała na sobie fartuch w kolorowe kwiaty, włosy zaplecione w długi warkocz, a okrągłe okulary spoczywały na czubku jej małego, zadartego nosa. Do białych miseczek wlała owsiankę z cynamonem i radośnie  powiedziała:

- Szybko, jedzcie. Mamy zagadkę do rozwiązania.
- Zagadkę? – spytała Karinka.
- Tak! Czy wiecie, że w miejscowości, w której jesteście, urodził się pisarz, który opisał przygody najsłynniejszych detektywów na świecie?
- De-te-kty- wów? –  przesylabizowła Karinka.

- Tak, Karinko. W Crowoborough urodził sie Sir Connan Doyle, który napisał serię książek o Sherocku Holmesie i jego towarzyszu Watsonie, którzy rozwiązywali zagadki. My też musimy rozwiązać właśnie jedną z takich zagadek! Otóż, wczoraj zaginęła moja czarodziejska książka kucharska. Bez tej książki, nie będę mogła upiec tortu dla moich trzydzieściorga wnucząt.

- Ma pani aż trzydzieścioro wnucząt? - spytała z niedowierzaniem Ala.
- Tak, tak, mam aż trzydzieścioro i wyprawiam dla nich przyjęcie. Jednak tylko mój samorosnący tort będę mogła podzielić na aż tak dużo kawałków. Bez książki nie dam rady go upiec. Czy pomożecie mi ją odnaleźć?
- No pewnie! - krzyknęła Karinka – Uwielbiam zagadki!

Karinka zachwycona detyktywistycznym zadaniem z uwagą spojrzała na siostrę.

- Kiedy po raz ostatni widziała pani książkę? – spytała Ala i wzięła do ręki mały notesik, by zapisywać w nim wszystkie zgromadzone dane.
- Wczoraj rano. – przyznała Lucy i usiadła w wielkim, kwiecistym fotelu. – Rano robiłam skaczące bułeczki dla dzieci pana policjanta. Później smażyłam jeszcze uśmiechnięte naleśniki dla pani Potter, bo jej mąż choruje na smutki.
-  Uśmiechnięte naleśniki? – spytała z niedowierzaniem Karinka.
- Ależ oczywiście! Po zjedzeniu takiego naleśnika, nawet największy maruda ma uśmiech na twarzy do samego wieczora!
- Faaaajnie... – rozmarzyła się Karinka.
 - A potem, nic już pani nie piekła? – zagadała Ala i nalała do filiżanki herbatę z mlekiem dla pani Lucy.
- Dziękuję kochanie – Lucy obiema rękami złapała filiżankę i wzięła duży łyk gorącego płynu. - Niech pomyślę...  Nie, chyba już nie nie piekłam.

- Mogę się poczęstować tymi ciasteczkami? – spytała Karinka wskazując na ogromny talerz pełen czekoladowych gwiazdek pokrytych waniliowym kremem.
- Ależ oczywiście kochanie! O tak! Już pamiętam!!! Potem upiekłam właśnie te czekoladowe ciastka, które je Karinka. Hamują one głód na cały dzień.
- Czyli podsumujmy – powiedziała stanowczo Ala. – Najpierw upiekła pani skaczące bułeczki, potem usmażyła uśmiechnięte naleśniki, a potem zrobiła sycące ciasteczka, tak?
- Otóż to - potwierdziła Lucy.

Ala wstała i podniosła talerz z ciasteczkami. Pod nim leżała czarodziejska książka kucharska Lucy.

- Znaleziona! – krzyknęła Karinka i podskoczyła z radości – Teraz może już pani upiec tort dla swoich wnucząt.
- Cudownie, nie wiem jak się Wam odwdzięczę! – z uśmiechem powiedziała Lucy.
- Może nam pani dać kilka tych pysznych  ciastek na drogę. – podpowiedziała  Ala. – Na nas już bowiem czas.

Lucy zapakowała ciastka do metalowego pudełka i wręczyła je dziewczynkom. Uścisnęła je mocno, a do kieszeni plecaka włożyła im jeszcze książkę o przygodach Sherolcka Holmesa. Dziewczynki grzecznie podziękowały i rozwinęły mapę. Położyły ją na stole w kuchni i chwyciły się mocno za ręce. Ala zamknęła oczy, a Karinka cichutko szepnęła:


- Ciekawe dokąd teraz nas zabierze... 

piątek, 6 marca 2015

Powroty i pożegnania

Jednym z minusów emigracji są ciągłe powroty i pożegnania. Rozstaję się i powracam co kilkanaście tygodni. Powracam do Polski, rozstaję się z rodziną, witam przyjaciół, żegnam ich, witam i żegnam. 
Mam tyle szczęścia, że mieszkam na tym samym kontynencie co większość moich bliskich (w końcu Wielka Brytania to jednak Europa, chociaż sami Anglicy twierdzą inaczej). Ten sam kontynent umożliwia mi, a także moim bliskim, regularne wizyty w cenie biletu Ryanaira. 

Takie odwiedziny są jak orzeźwiający deszcz. Ktoś wpada, robi zamęt i... wyjeżdża. Tydzień w lipcu, dwa we wrześniu, 5 dni w marcu. Wizyty sa długie lub bardzo krótkie, ale każda z nich zostawia po sobie kilkudniową pustkę. ________________________.  O! Dokładnie taką.

Do tej pory jedyną przeżywającą byłam ja i ewentualnie osoby powracające, czyli żegnane. Tym razem do zasmuconych dołączył mały Oli, który przez cały dzień wycierał rękawem łzy po rozstaniu z ośmioletnim Aronem. Cieżko się patrzy na swoje dziecko, które spragnione kontaktu z ojczystym językiem w wykonaniu rówieśników, musi podporządkować się woli rodziców i razem z nimi przeżywać powroty i pożegnania.

A one nie są proste. Oczywiście wszystko zależy od naszego emocjonalnego zaangażowania, ale moje zawsze było i już chyba będzie duże.

Jeśli zakotwiczyłeś się w moim sercu, to dostaniesz dożywotni karnet na odwiedzanie mnie gdziekolwiek będę. A powroty i pożegnania staną się naturalną częścią naszej relacji. Będę czekać na Ciebie, kiedykolwiek zapragniesz mnie odwiedzić, a drzwi naszego domu na zawsze będą dla Ciebie otwarte. A potem pożegnam Cię i znów będę czekać na dzień Twojego powrotu.

Mam wrażenie, że pod ostatnim akapitem podpisałby się też Oli, który tak jak ja, raz nazwaną przyjacielem osobę, traktuje niemal jak rodzinę. Czy inaczej oddałby Aronowi kartę Petr'a Czecha z Chelsea? Taki gest jest zarezerwowany tylko dla najbliższych...